Wieje wiatr, pachnie wiosną i wiem...
Jak to w tym życiu trudno człowiekowi dogodzić, jak to psychika nie wszystko umie znieść tak jakby się chciało. Mam to, to co chciałam, wymarzone studia, anglistyka, przecież coś co od zawsze przychodziło mi bez problemów. Do czasu. Te studia naprawdę dają w kość, to nie jest jakaś zabawa, tutaj od jednego głupiego błędu zależy czy zostajesz czy powiedzą Ci 'do widzenia' bez najmniejszego żalu. Ta presja jest bardzo dołująca. Poświęcasz mnóstwo czasu na to żeby być na bieżąco, nie mieć zaległości a i tak znajdzie się przedmiot którego nie zaliczysz, ile byś się nie uczył. Nie robisz nic dla siebie, nigdzie nie wychodzisz bo szkoda Ci czasu, gdy coś sobie odpuścisz masz wyrzuty sumienia, jeden krok w złą stronę i już Cię nie ma.
Nie znam nikogo innego kto nie może doczekać się sesji (sic!) bo przynajmniej jest WOLNE i można rozplanować sobie równomiernie czas na naukę. To co teraz dzieje się na uczelni każdego deprymuje.
Najgorsze że to wszystko odbija się na moim samopoczuciu, nic mnie nie cieszy, wszystko mam gdzieś, ciągle się stresuje i tylko czekam wakacji. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi że tak będzie to nie uwierzyłabym. Naprawdę. Ja, która zdałam angielski rozszerzony bez problemu na 90% mam mieć tak ciężko? A jednak...
No cóż, pesymistyczna perspektywa. Myślę jednak, że jeśli ktoś tak jak ja, nie widzi siebie nigdzie indziej to powinien startować na anglistykę. Ten cały wysiłek jaki w to wkładam nie idzie na marnę, widzę efekty swojej pracy. I kocham to, na swój sposób ale kocham. Tyle że czasem psychicznie nie wytrzymuję, a i fizycznie bywa ciężko...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz